Logowanie do CD-ACTION

Zamknij [X]
Załóż sobieNie masz konta?

Co daje konto w serwisie cdaction.pl?

Po założeniu konta otrzymujesz możliwość oceniania materiałów, uczestnictwa w życiu forum oraz komentowania artykułów i aktualności przy użyciu indywidualnego identyfikatora.

Na Luzie Classic, odcinek 14

Smuggler piątek, 1 listopada 2019, 16:48 O grach inaczej

Dzisiejsze NL jest mocno nietypowe, ale pierwszego listopada nie wypada tak po prostu sobie porechotać... Dziś zatem będzie tylko jeden długi tekst, hołd dla zmarłego kilka lat temu pisarza Terry Pratchetta, napisany – co bije z każdego słowa – przez fana Terry’ego i jego twórczości. Stąd, jeśli nie jesteś  fanem TP (wielki błąd…) to pewnienie załapiesz 1001 nawiązań… Na pocieszenie -  za tydzień NL w klasycznej wersji. A teraz – zapraszam do lektury.

Myśl na dziś: Kłopot z życiem polega na tym, że nie ma okazji go przećwiczyć i od razu robi się to na poważnie. (Terry Pratchett [Piramidy])

WYBRANIEC

 

W hołdzie Terry’emu P. i dla fanów jego książek, od Svenia, fana.

 

- Na placu Sator stoi człowiek- powiedział Myślak Stibbons, wpadając do sypialni Nadrektora i trzaskając ciężkimi drzwiami o framugę, co było wyczynem, przynajmniej jak na Myślaka Stibbonsa, bezprecedensowym i niespodziewanym. Pocisk z kuszy-pułapki przeleciał obok niego niemal niezauważony i wbił się w drzwi gabinetu naprzeciwko. Nadrektor gwałtownym podrygiem zerwał się z łóżka, zanim jeszcze dotarło do niego, co się właściwie dzieje.

 - Stibbons - odezwał się wreszcie łagodnie - czy możesz łaskawie powiedzieć, która jest godzina?

 - Druga w nocy i tak, zdaję sobie sprawę...

 - Druga w nocy. Jestem pewien, że człowiek stojący na placu Sator, nawet o tak nieludzkiej godzinie, nie stanowi sensacji usprawiedliwiającej budzenie maga o tak nieludzkiej godzinie. Ludzie stoją niekiedy na placu Sator. Czy może się mylę?

 - Nadrektorze...

 - ...daj mi skończyć. Nikt mi nie może zarzucić, żebym był porywczy. Ponadto w przeciwieństwie do większości fakultetu wiem także, jak wygląda Ankh-Morpork przed świtem. Ale druga w nocy...

 - Ten człowiek... Wydaje mi się, że to może być Jeden Jedyny.

 Nadrektor zamilkł. Stary Tom, dzwon Niewidocznego Uniwersytetu, w tym właśnie momencie wybił dwie rytmiczne cisze, komponując się idealnie z ciszą płynącą z ust Nadrektora. W końcu, wpatrzony w Myślaka, jakby widział go pierwszy raz w życiu, Mustrum Ridcully przemówił:

- No to na co jeszcze czekasz? Jeśli jest Wybrańcem, to prowadź go tutaj, w końcu nawet Wybraniec musi chcieć od czasu do czasu móc porozmawiać z kimś równym sobie.

 Myślak skinął posłusznie głową i odwrócił się w strone korytarza.

 - Albo nie! - rzucił Nadrektor za jego plecami. -  Lepiej zaprowadź go do biblioteki. Mowa przecież o sypialni Nadrektora Niewidocznego Uniwersytetu. Nie możemy tu wpuszczać pierwszego lepszego Wybrańca z ulicy.

 - Poza tym w bibliotece będzie czyściej - mruknął Myślak pod nosem.

 - Co ty tam mamroczesz?

 - Że w bibliotece. Oczywiście.

 Sekundę później już go nie było.

Za dużo sobie pozwala młody Stibbons ostatnio - pomyślał Nadrektor. Zupełnie, jakby to był jego Uniwersytet. A przecież to on, Mustrum Ridcully, trzymał tu wszystko w ryzach i to on dbał o porządek, dyscyplinę i ogólne dobre samopoczucie. Piżamę rzucił za łóżko. W końcu pani Whitlow posprząta.

 

Na miejscu, poza Wybrańcem, stały już dwie przedstawicielki Straży. Wybraniec na widok funkcjonariuszek uśmiechnął się szeroko i wyciągnął rękę w powitalnym geście.

 - Bogowie. To naprawdę wy.

 - Owszem, szanowny panie, to naprawdę my. - potwierdziła kapitan Sally von Humpeding, ignorując wyciągniętą ku niej dłoń. -  Zostałyśmy wezwane z powodu - zerknęła na kartkę  - z powodu zakłócania porządku publicznego nieuzasadnioną radością i entuzjazmem. Zdaje pan sobie sprawę z ciężaru wykroczenia?

 Podejrzany parsknął śmiechem, co w znaczący sposób pogorszyło jego sytuację.

 - Przepraszam. Dopiero przed chwilą dotarłem do Ankh-Morpork i wciąż jeszcze jestem w szoku.

 - Rozumiem. To ten zapach, prawda? Naprawdę po pewnym czasie można się przyzwyczaić.

 - Trzeba tylko nauczyć się nie oddychać - dodała druga funkcjonariuszka zza jej pleców.

 - Koleżanką niech się pan nie przejmuje, ona akurat ma... niezwykle czuły węch.

 - Och, ależ wiem. To Angua von Überwald, prawda? Jest wil...  - w tym momencie zdumione spojrzenie obu strażniczek zamknęło podejrzanemu usta - ...wielce znamienitą młodą damą, chciałem powiedzieć. Co słychać u Marchewy, jeśli można spytać?

 Angua zerknęła na niego z podejrzliwością rzadko spotykaną nawet u niej.

 - Czy my się skądś znamy?

 - Och nie, nie, niezupełnie. Po prostu... Czytałem o pani. Jest pani w ciąży, prawda?

 Angua, słysząc to, zerwała się z miejsca i chwyciła Wybrańca za koszulę, unosząc go nad Dysk.

 - Skąd o tym wiesz? Nie mówiłam o tym nikomu. Sama...

 - ...dowiedziałaś się przedwczoraj. Przepraszam, nie chciałem być niegrzeczny. Nie ma powodu do niepokoju, naprawdę wszystko będzie dobrze.

 - Kapitanie von Überwald! Proszę w tej chwili postawić podejrzanego! To jeszcze nie pora na przemoc fizyczną!

 Angua, zmieszana, rozluźniła chwyt, a Wybraniec łagodnie opadł na bruk placu.

 - Jest pan naprawdę dziwnym młodym człowiekiem.

 - Już nie tak młodym, obawiam się.

 - Nie przesadzajmy. Ile pan może mieć lat, dwadzieścia cztery? Dwadzieścia pięć?

 Spojrzał na swoje dłonie, potem na swoje nogi, jak gdyby widział je po raz pierwszy w życiu.

 - Rze... Rzeczywiście. Och, demoniszcza. Dwadzieścia pięć lat. Ha!

 - Jak się pan nazywa?

 - Pratchett. Terry Pratchett. Bardzo miło poznać.

 - Panie Traczyk, obawiam się, że będzie pan musiał pójść teraz...

 - ...ze mną!

 Myślak Stibbons bezceremonialnie wbił się między grupę

- Przepraszam szanowne panie, ale ten człowiek znajduje się pod jurysdykcją Niewidocznego Uniwersytetu i to my bierzemy za niego pełną odpowiedzialność.

 Angua zagrodziła Myślakowi drogę, ale Sally natychmiast odciągnęła ją na bok.

 - Niech idzie. Tym razem ograniczymy się do ustnego upomnienia, panie Traczyk, ale proszę postarać się więcej nie zachowywać radośnie i entuzjastycznie na ulicach Ankh-Morpork. To denerwuje ludzi.

 - Oczywiście. Przepraszam i do zobaczenia, być może w przyjemniejszych okolicznościach.

Po kilku chwilach zarówno on, jak i Myślak Stibbons zniknęli za murami Uniwersytetu. Angua i Sally zostały same.

 - A więc... W ciąży, co?

 - Przysięgam na Ślepego Io i na Nuggana, że wydrapię ci oczy, jeśli piśniesz o tym komukolwiek choć słówko.

 - Spokojnie. Taką perełkę zdecydowanie wolę zachować dla siebie.

 Stały jeszcze przez chwilę, wpatrzone w bramę.

 - I co myślisz o tym podejrzanym?

 - Jest... inny. Dziwny. Nie pachnie jak Ankh-Morpork.

 - Mówił, że dopiero tu przyjechał.

 - To coś więcej. Jesteśmy na placu Sator, Sally. Żeby tu dotrzeć, musiał przejść przez pół miasta, coś by do niego zdążyło przylgnąć. Tymczasem nie było na nim nawet śladu aromatu Ankh-Morpork. I jego zapach też nie unosi się nigdzie w okolicy. Zupełnie jakby pojawił się tu znikąd, dosłownie przed chwilą.

 - Magia?

 - Pewnie tak. Ale jest w nim coś jeszcze…

 - Coś jeszcze?

 Angua westchnęła.

 - Obiecaj, że nie będziesz się śmiać.

 - Obiecuję spróbować.

 - Kiedy się do niego zbliżyłam, poczułam... Nie jestem pewna, czy potrafię to przekazać. To psie uczucie. Jak czasem, kiedy jestem sama i Marchewa wraca do domu, ale tym razem mocniej. Uczucie, że... no wiesz. …Że pan wrócił. Głupio brzmi, prawda?

 - Ani trochę, Angua. - powiedziała Sally poważnie. - Ja też to poczułam.

- Mam pytanie, Myślak, jeśli można - zwrócił się Terry Pratchett, krocząc korytarzami Niewidocznego Uniwersytetu w stronę biblioteki . - Co się dzieje z wodą na Dysku? Wydaje mi się, że nigdy nie rozwiązałem tego problemu. Jeżeli od milionów lat nieustannie spływa z niego w krawędziowym wodospadzie, to prędzej czy później powinna się wyczerpać, czyż nie? Raczej prędzej niż później. Więc jakim cudem tego nie robi?

 - Dobre pytanie. Za mojej młodości popularna była teoria, według której woda nie kończy się, ponieważ jest jej bardzo dużo. Osobiście miałem do niej pewne zastrzeżenia. Później astrologowie zauważyli, że przypływy i odpływy zależą od ruchu księżyca na niebie. Opracowano więc teorie, według której woda opadająca na skorupę Wielkiego Żółwia A-Tuina w jakiś sposób przedostaje się na księżyc, za pomocą którego transportowana jest z powrotem nad Dysk i opada w postaci deszczu.

 - W jakiś sposób? - Terry nie wydawał się przekonany.

 - Z przykrością stwierdzam, że skorupa A-Tuina pozostaje wciąż w znacznym stopniu niezbadana i skrywa wiele tajemnic, jednak powszechnie uważa się, że zaangażowane są trąby. Ale oto przed nami biblioteka! Jesteśmy na miejscu.

Drzwi otworzyły się  na pozór samoistnie, dopiero po chwili Terry dostrzegł orangutana zwisającego nogami z futryny. Nadrektor czekał już na niego po drugiej stronie.

 - Aha! A więc dotarł pan, panie...

 - Traczyk - przedstawił gościa Myślak Stibbons.

 - A więc, panie Traczyk, twierdzi pan, że jest pan Wybrańcem. Szczerze mówiąc spodziewałem się, że będzie pan wyższy.

 - Zwykle noszę kapelusz - odpowiedział Terry Pratchett, chłonąc wzrokiem półki największej biblioteki w multiwersum.  -  I proszę mówić mi Terry. A co się tyczy bycia Wybrańcem, to wcale nie twierdzę, że nim jestem. To wy mnie przed chwilą poinformowaliście o takiej możliwości. Choć szczerze mówiąc, wydaje mi się to całkiem prawdopodobne. Na pewno powinienem brać takie ryzyko pod uwagę. Czy istnieją jakieś testy, które pomogłyby to ustalić?

Ridcully włożył fajkę do ust i zaciągnął się głęboko - gest pozwalający przynajmniej na kilka sekund ukryć ignorancję w temacie dyskusji. A przez kilka sekund wiele może się zdarzyć. Ktoś kompetentny może zabrać głos, zwalniając Ridcully’ego z konieczności odpowiedzi. Ktoś niekompetentny może zmienić temat z takim samym skutkiem. W zadającego pytanie mógł trafić piorun kulisty. Możliwości było multum i graniczyło chyba z cudem, że żadna z nich nie uratowała Nadrektora w tym konkretnym przypadku.

 - Stibbons?

 - Nie jestem pewien, Nadrektorze. Na pewno spełnił pierwszy warunek. Pojawił się znikąd, w środku nocy, otoczony blaskiem magicznego światła, a Śmierć kroczył za nim i skłonił mu się na pożegnanie.

 - Rozumiem. Świadkowie byli trzeźwi i w pełni władz umysłowych, jak mniemam?

 - Widziało to trzech przedstawicieli fakultetu, Nadrektorze.

 Ridcully spojrzał na niego z politowaniem.

 - Oj, Stibbons, naprawdę nie ułatwiasz.

 - Tak, byli trzeźwi, a przynajmniej dwóch z nich nie wykazuje symptomów żadnej groźniejszej choroby umysłowej.

 Nadrektor ponownie zaciągnął się fajką, zyskując kolejne kilka sekund.

 - Cóż, to będzie musiało wystarczyć. Jeśli można wiedzieć, Terry, co takiego Śmierć robił w twoim towarzystwie?

 - Odprowadził mnie tutaj. Och, i jeszcze poprosił mnie o autograf.

 - O autograf?! Jesteś pewien, że mówimy o tej samej osobie?

 - Wysoki facet. Raczej chudy. Mówi W TEN Spo... ekhu, ekhu, przepraszam. W TEN SPOSÓB.

 - Wie pan, Nadrektorze, zawsze moglibyśmy po prostu przeprowadzić rytuał AshkEnte i...

 - Nie! Nie będziemy, za każdym razem gdy pojawi się problem, zwracać się do Śmierci po pomoc jak banda amatorów. Jesteśmy najpotężniejszymi umysłami na całym Dysku i jestem pewien, że potrafimy poradzić sobie z tym sami. Mamy swój honor, na demony! Jakieś pomysły?

 - Uuuk-uuuuk.

 - Racja. Powiedz, skąd pochodzisz, Terry?

 Wybraniec zawahał się.

 - Ha. Zabawne, ale zupełnie wyleciało mi z głowy.

 - Nie pamiętasz, skąd jesteś?

 - Nie... Ale... Pamiętam mnóstwo rzeczy, naprawdę. Pamiętam, że... - wskazał na bibliotekarza - pan jest bibliotekarzem, nazywa sie Horace Worblehat i został orangutanem w wyniku magicznego wypadku. Pamiętam, że Myślak Stibbons jest jednym z projektantów HEX-a, a na studiach dzielił pokój z Victorem Tugelbendem, znanym później jako Victor Maraschino, gwiazdą ruchomych obrazków. Pamiętam skład Straży Ankh-Morpork, geografię Dysku, historię Djelibejbi i Omnii oraz wszystkie obrzydliwości Nuggana. Pamiętam... wszystko. A przynajmniej naprawdę wiele. Ale nie potrafię przypomnieć sobie żadnych szczegółów ze swojego własnego życia. Dziwne.

 Nadrektor podniósł brew.

 - Cóż, w takim razie chyba wszystko jasne. Chyba nikt nie wyobraża sobie, żeby Wybraniec mógł mieć problemy z pamięcią. To byłoby niedorzeczne. Prawda, Horace?

 - Uuuuk.

 - Naprawdę?

 Myślak przejął inicjatywę.

 - Bibliotekarz ma rację. Amnezja wydaje się z jakiegoś powodu jednym z podstawowych wymogów dla zostania Wybrańcem. Nikt nie wie dlaczego, ale tak po prostu jest. Pan Tra... Terry zyskał właśnie kilka punktów na skali wybralności, nie stracił. Wszystko w porządku, Terry?

 - Tak... Tak, w porządku. Ha. To jakby...

 Trzy twarze wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem

 - ... Jakbym właśnie obudził się z bardzo długiego snu. I ten sen się właśnie rozmywał. Pamiętam Śmierć, jego pamiętam bardzo dobrze. Był dokładnie taki, jak się spodziewałem, wysoki, uprzejmy i trochę tajemniczy. I jeszcze kilka twarzy... Lyn... Rhianna... Pamiętam spotkania z ludźmi, którzy chcieli uścisnąć mi dłoń, loty samolotem, maszynę do pisania, wykuwanie własnego miecza i łóżko. Pojedyncze obrazy. Zabawne. Wydaje mi się, że był to bardzo przyjemny sen, ale nie mam żalu o to, że się skończył. Ha. Właśnie przypomniałem sobie jeszcze jedną rzecz. Czy wiecie, że Nac Mac Feegle uważają, że ten świat, Świat Dysku, jest tak naprawdę niebem, nagrodą za dobre życie w poprzednim wcieleniu?

 - Cóż, Terry, ale ty chyba nie jesteś Nac Mac Feeglem, co? Pytam, bo w dzisiejszych czasach naprawdę nic nie wiadomo. Znam krasnoluda, który mierzy dwa metry wzrostu, ma rude włosy i absolutny brak brody. I jest oczywiście Nobby Nobbs, który ma papiery stwierdzające, że nie jest Feeglem. Więc...

 - Nie, nie, skądże znowu. Pomyślałem po prostu, że to naprawdę pozytywna myśl.

Wyrwał kartkę z leżącego w pobliżu notatnika i spontanicznie naskrobał na niej „NIE JESTEM MARTFY”, po czym włożył ją do kieszeni.

 - I jeszcze jedno pytanie, Terry - powiedział Mustrum.

 - Tak?

 - Co to jest „samolot”?

 - Ha! -  Terry Pratchett uśmiechnął się szeroko. - Mam przeczucie, że samolot to coś, co będziemy musieli zbudować.

 - Mam!  -Myślak złapał się za czoło i wstał z fotela. -  To przecież oczywiste, dlaczego wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Nadrektorze, potrzebujemy miecza, kamienia i bardzo dużego trolla, który byłby w stanie wbić miecz w kamień.

 - Jest wpół do trzeciej w nocy, człowieku! Skąd ja ci o tej porze wytrzasnę takie rzeczy?

 - Uuuuk...

 - Poważnie? Jak bardzo zacięta?

 - Uuuk Iiiik Uuuk Uk. Iiiiik!

 - Tak. To brzmi obiecująco. Terry, pozwól z nami.

 

Bibliotekarz i Nadrektor poprowadzili Terry’ego do bardzo dużego biurka, stojącego pośrodku biblioteki. Jedna z szuflad najwyraźniej zacięła się i nie można było jej otworzyć.

 - Nadrektorze, nie jestem pewien, czy to to samo, co miecz i kamień.

 - Zasada działania jest ta sama, człowieku! Nie mamy teraz czasu na szukanie twoich niedorzecznych gruchotów, a ta szuflada utknęła nie słabiej, niż jakikolwiek miecz w jakimkolwiek kamieniu. Poza tym pomyśl, Stibbons. Jaki pożytek może mieć świat z jeszcze jednego miecza? Mieczy są tysiące, jak nie ten, to inny. A w tej szufladzie znajdować się mogą dokumenty o nieoszacowanej wartości. No, Terry, raz-raz, do roboty.

 

 Terry Pratchett podszedł do biurka. Wziął głęboki oddech.

 Szarpnął.

 Szuflada wyskoczyła na prowadnicach, o mały włos nie rzucając Terry’ego na posadzkę. Znajdujące się w niej papiery poszybowały w powietrze i bibliotekarz musiał łapać je rękami i nogami, zanim zdążyły opaść na posadzkę.

 - Dobra robota, Terry! Od początku wiedziałem, że ci się uda!

 - Z całym szacunkiem, Nadrektorze, ale nie jestem pewien, czy to wystarczający...

Wtem komnatę zalało śnieżnobiałe światło, anielska muzyka rozległa się w powietrzu, a przed magami zmaterializowała się kobieca postać bogini w białej sukni.

- Tak, do wszystkich demonów, on jest Wybrańcem! -powiedziała Anoia, wskazując na Terry’ego. -Jakich jeszcze dowodów potrzebujecie? Skaranie boskie z wami, magami, naprawdę. Terry - zwróciła się do Wybrańca -osobiście dziękuję Ci za wszystko. Wiedz, że jeśli kiedykolwiek zechcesz wpaść na Cori Celesti, zawsze będziesz przez nas mile widziany. A wy? - pogroziła Nadrektorowi palcem - dajcie mu się najeść, dajcie mu coś do pisania i przydzielcie mu, do demonów, jakieś wolne łóżko! Przy okazji, w szufladzie znajdziecie sakiewkę z trzydziestoma Rhinu. To na poczet Funduszu Na Rzecz Aklimatyzacji Wybrańców, do osobistej dyspozycji Terry’ego. Nic nie mów, zasłużyłeś, nawet jeśli o tym nie pamiętasz. A teraz podejdź, Wybrańcze.

 Terry postąpił krok naprzód.

 Anoia uśmiechnęła się, pochyliła nad nim i złożyła pocałunek na jego czole.

 Po czym zniknęła, jak gdyby nigdy jej nie było.

 

 - Nie wiem jak wy, panowie, ale mnie to wystarczy za dowód - powiedział Mustrum Ridcully, po czym zamaszyście klepnął Terry’ego po plecach. - To co teraz planujesz, Wybrańcze? Stibbons, czy są jakieś misje ratowania Dysku, których Terry mógłby się podjąć?

 - Nic mi o tym nie wiadomo, Nadrektorze. Rano możemy sprawdzić u Patrycjusza, jeżeli Dysk jest zagrożony, on powinien wiedzieć takie rzeczy. Poza tym nie wątpię, że będzie chciał poznać Mistrza Terry’ego.

 - No dobrze. Ale to rano! Na razie wszyscy wracamy do łóżek. Myślak, wydaje mi się, że na trzecim piętrze jest wolna sypialnia, zaprowadź tam Wybrańca.

 - Dziękuję - rzekł Terry -  to naprawdę zbytek łaski.

 - Ależ to drobiazg. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo obecność Wybrańca wpłynie na prestiż Uniwersytetu. Dziekan po prostu zzielenieje z zazdrości! Powiedz, Terry, jakie masz teraz plany?

 - Tak w zasadzie, to wpadł mi do głowy pomysł na książkę. A właściwie, chyba nawet na serię książek. Czy pan deWorde ma działającą prasę drukarską, której mógłbym użyć?

 - Jestem przekonany - uśmiechnął się Ridcully - że uda nam się to zaaranżować.

 - Naprawdę nie chciałbym się chwalić - powiedział Terry Pratchett z dumą w głosie - ale mam przeczucie, że to może być prawdziwy bestseller. A potem poszedł do własnej sypialni i zasnął, spokojnym snem, w Świecie Dysku, gdzie całe życie było jeszcze przed nim. [©Sveniu]

 

WCALE NIE KONIEC, RACZEJ POCZĄTEK!

Dodaj komentarz ν
Podziel się:
Wasze komentarze, opinie, uwagi
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy. Zaloguj się lub Załóż konto
poniedziałek, 4 listopada 2019, 14:53   Gavron88
@Smuggler Tak, ale jednak smutno się robi gdy pomyśli się o tym że sir Terry już odszedł. "Wszystkie małe aniołki" też było optymistyczną piosenką.
niedziela, 3 listopada 2019, 13:00   Smuggler
@ Gavron88 - ale to w sumie optymistyczne opowiadanie, jakby nie patrzec.
sobota, 2 listopada 2019, 11:31   Uplink
@Gavron88 - mi się zrobiło dość smutno, ale już po takim czasie oswoiłem się z odejściem Sir Pratchetta. Zdecydowanie jeden z najwybitniejszych pisarzy, niesłusznie ignorowany bo "to przecież tylko takie śmieszne książeczki dla dzieci a nie poważna literatura".
BTW. Polecam fanom "Naukę Świata Dysku", bardzo fajne książki popularnonaukowe - zaskakująco często niezauważane i pomijane.
sobota, 2 listopada 2019, 1:21   Gavron88
Czy tylko mnie czytając to zbiera się na płacz?
piątek, 1 listopada 2019, 17:31   Samigraj
Terry Patchett to chyba mój ulubiony autor (Na dodatek najzabawniejszy) więc cieszę się
że w taki sposób jest upamiętywany

Artykuły

Twoja cotygodniowa dawka przekąsu.

Komentarzy:
5

W dyskusji o kale nie mogło zabraknąć Edmunda McMillena.

Komentarzy:
2

Myśl na dziś: ucz się na błędach ludzi, którzy słuchają twoich dobrych rad.

Komentarzy:
4

Twoja cotygodniowa dawka przekąsu.

Komentarzy:
10

Najczęściej czytane

Najczęściej komentowane

Galerie zdjęć

Gry A-Z

Wyszukaj: Szukaj
0 - 9 A B C D E F G H I
J K L M N O P Q R S T
U V W X Y Z