Logowanie do CD-ACTION

Zamknij [X]
Załóż sobieNie masz konta?

Co daje konto w serwisie cdaction.pl?

Po założeniu konta otrzymujesz możliwość oceniania materiałów, uczestnictwa w życiu forum oraz komentowania artykułów i aktualności przy użyciu indywidualnego identyfikatora.

Wideo

Eld - Moja dekada w CDA

wtorek, 17 marca 2009, 10:20
Prawdę powiedziawszy to nawet więcej niż dekada. Dokładnie jedenaście lat, czyli trzecia część mojego życia. W tym czasie popełniłem kilka niezłych testów, masę koszmarnie słabych oraz dorobiłem się legionu albo dwóch zajadłych wrogów. Cóż, ciężko pisać dla największego pisma o grach, a jednocześnie być aspołecznym introwertykiem. Co zapamiętałem z tego okresu? Początki Pierwszą osobą jaką poznałem w CDA był Mac Abra. Facet przypominający Lesa Grosmanna, w przyciemnianych okularach, siedział w niskim fotelu i budził grozę. Do tematu zresztą podszedł bez większego entuzjazmu: "napisz coś, to zobaczymy". Miałem wolną rękę, więc napisałem recenzję NBA 98. Tutaj chyba nie muszę dodawać, że na koszykówce znam się słabo, ale mimo to tekst wszedł do numeru marcowego w roku 1997. Podpisałem się wówczas Mac (jakie oryginalne - skrót od imienia), ale dalej pisałem już pod nową ksywką eld. Nie licząc odchyłów, gdy używałem innych nicków, ale któż z nas tego nie robił? Tęczowa ekipa Na stałe dołączyłem do ekipy od lipca 1998. Rezydowaliśmy wówczas na Tęczowej. W centrum miasta, choć poza tym ciężko wskazać jakieś zalety. Siedzieliśmy wszyscy w dużym pomieszczeniu, skład i księgowość oraz gabinet szefostwa był po drugiej stronie korytarza. W lecie było jak w piekarniku, w zimie trzeba było siedzieć w kurtkach i pisać w rękawiczkach. Smuggler: tylko pierwszej zimy, gdy okazało się, że nie działa ogrzewanie. Ale potem wystarczał zwykły sweter i termos z gorącą herbatą. :) Jak to zwykle bywa na początku, pamiętam, że pisałem jakieś niepojęte ilości tekstów, co budziło ogólną wesołość reszty ekipy. Dochodził do tego jeszcze Action Plus, do którego wówczas robiło się poradniki i solucje. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że na Tęczowej mieliśmy doskonałe warunki do tego, by skupić się na pracy. M.in. nie mieliśmy tam (poza szefostowem) dostępu do netu (dopiero pod sam koniec pobytu stało się to standardem). Więc z samych nudów człek grał i pisał... Zwyczaje W zespole była Agnieszka Siejka, a kobieta ponoć łagodzi obyczaje. I tak też było. Wszyscy siedzieli jak mysz pod miotłą, żaden nawet nie zabluzgał, choćby mu się wieszał co minutę komputer, a tylko siedział ze słuchawkami na uszach i tłukł teksty. Dodatkową mobilizacją był jeden ze współwłaścicieli Silversharka (ówczesny wydawca CDA), znany jako Fred. Powiadam wam, ten osobnik budził prawdziwy lęk nawet u takich twardzieli jak Iwan. Nie dość, że wyglądem przypominał czarny charakter z kreskówek, to jeszcze miał nieograniczoną władzę. Fred potrafił podejść do delikwenta piszącego tekst, powiedzieć coś w stylu "spadaj" i samemu siąść przed monitorem, dopisać jedno-dwa zdania, zwykle dość mocno wyrwane z kontekstu, po czym pójść sobie do kolejnej ofiary. Trzeba jednak powiedzieć, że nie ciskał się, gdy potem nie widział swoich dopisków w finalnej wersji tekstu. Pewnie po prostu nie pamiętał, że "wzbogacił" jakąś recenzję w ten sposób. Urodziny W starych dobrych czasach Silversharka istniał dobry zwyczaj obchodzenia urodzin wraz z czytelnikami. Przynajmniej jeśli chodzi o część oficjalną, bo nieoficjalna była jeszcze fajniejsza. Najbardziej zapadły mi w pamięci trzecie urodziny CDA. Cześć oficjalna odbyła się w Empiku na Rynku. Był między innymi złoty dyskobol (no wiecie, taka żywa wersja dyskobola z naszego logo) i naprawdę duuużo czytelników. Pewnie z powodu świetnie wybranej lokalizacji, ale faktem jest, że w latach późniejszych w Firleju oraz Koronie tyle osób się nie zjawiło. Bardzo fajna była część nieoficjalna. Najpierw poszliśmy wszyscy do Pizza Hut, a później ruszyliśmy dalej. Tu nadmienię, że błąd popełnił Zibi, bo przed wyjściem ofiarował nam na resztę wieczoru kredytową kartę firmową, z komentarzem "bawcie się dobrze". Dodam, że wzięliśmy to sobie bardzo do serca. Zakotwiczyliśmy w końcu w meksykańskiej knajpce obok Solnego w składzie: Smuggler, Yasiu, gem, Łukasz Bonczol, Al i pewnie ktoś tam jeszcze, ale niestety nie pamiętam... Smuggler: Oj, była większość ekipy, włącznie z Pawłem, dziewczynami z księgowości itd. itp. Kupa luda. Oraz panna Tequilla. Oj, sroga to pani, jak się okazało. Podobnie jak tego, jak wróciłem do domu, ale tego nikt nie był sobie w stanie przez lata przypomnieć. To była prawdziwa rzeź niewiniątek. W późniejszych latach wielokrotnie miały miejsce imprezki redakcyjne, przeważnie połączone z innymi atrakcjami jak kręgle czy rozrywki kasynowe typu ruletka czy Black Jack. Na takich imprezkach główną gwiazdą był przeważnie Tymon, który wydaje się urodzony do roli wodzireja. Biskupin Jakiś czas później rzuciło nas na drugi kraniec miasta - na Biskupin. Miejsce, w którym nie ma nic godnego uwagi poza Zoo, Halą Stulecia, Ogrodem Japońskim i akademikami. Już samo dotarcie na Biskupin to było prawdziwe wyzwanie. Na śmiałków, którzy w lecie chcieli dotrzeć do pracy na rowerach, czyhało mnóstwo niebezpieczeństw. Najboleśniej przekonał się Allor, który wpadł pod samochód i skończyło się to dla niego złamaną ręką oraz licznymi zadrapaniami. Ale chyba każdy z nas kilka razy cudem unikał śmierci na zatłoczonych ulicach Wrocławia. Niełatwo było też powrócić do domu. Pewnej zimy spadł śnieg, który kompletnie sparaliżował Wrocław. Wracaliśmy do domów na piechotę, tylko Smuggler zdecydował się na tramwaj. Wracał zdaje się dwa razy dłużej od nas. Smuggler: Ojej, wielkie mi dwie godziny różnicy... Obyczaje Na nowym miejscu pracy nastąpiła także zmiana pewnych obyczajów. Agnieszka opuściła nasze szeregi, a wraz z nią wyszło na jaw, że jesteśmy bandą niewychowanych facetów przeklinających co drugie słowo i zachowujących się przynajmniej niepoprawnie. Z ciekawszych rzeczy pamiętam Yasia rzucającego w kogo popadnie skórkami od bananów, czy tego samego osobnika hodującego przez rok w biurku jogurt. Inną atrakcję zapewnili nam pewnego razu złodzieje. Jakież było nasze zdziwienie, gdy pewnego dnia rano przyszliśmy do pracy i okazało się, że ktoś w nocy ukradł komputery. Siedzibę mieliśmy na parterze i jakiś rezolutny złodziej wybił szybę i wyniósł sprzęt. Cały. A w nim m.in. prawie gotowy numer CDA, deadline za tydzień, a tu d... blada. Rozpacz. Policja jednak w tym przypadku wykazała się niewiarygodną sprawnością i w ciągu kilku godzin odzyskała komputery. Inna sprawa, że włamywacz pozostawił ślady prowadzące wprost do jego piwnicy czy mieszkania kilka bloków dalej. Pakernia Na Biskupinie narodziła się również świecka tradycja chodzenia na pakernię. Dam sobie rękę uciąć, że pomysłodawcą był Iwan. To on pierwszy zaczął chodzić na siłownię, pociągając za sobą gema i mnie. Sporadycznie chodził z nami także Allor, a raz udało nam się wyciągnąć Yasia, który niestety po kilkunastu minutach zaliczył zapaść. Cóż, tak to jest kiedy nie prowadzi się sportowego trybu życia. Pakernia wciągnęła nas do tego stopnia, że chodziliśmy na nią kilka razy w tygodniu po pracy. W lecie, kiedy z powodu upału nie mogłem spać, zdarzyło mi się chodzić nawet przed i po. To chyba wtedy resztki moich szarych komórek wywietrzały. Delegacje Z tym bywało różnie. Jako młody chłopak nawet lubiłem jeździć, ale sami wiecie z wiekiem człowiek coraz bardziej docenia dom. A wyjazdy w delegacje z CDA rządziły się własnymi prawami. Pół biedy wyjazdy do Warszawy, do dystrybutorów. To tylko 5-7 godzin w pociągu w jedną stronę. Gorzej z wyjazdami zagranicznymi. Zdarzyło się, że Allor utknął w Los Angeles na tydzień, bo tak wypadały połączenia lotnicze. Potem przez lata nabijaliśmy się, że pewnie poznał tam jakiegoś kolorowego Amerykanina i mieszkał u niego. Nic zatem dziwnego, że moją ulubioną odpowiedzią na pytanie o jakiś wyjazd było "ale ja nie mam paszportu". Niemniej jednak jeden wyjazd wspominam naprawdę dobrze. To była prezentacja FIFA 2002 w podparyskiej bazie reprezentacji Francji. Było fajnie głównie dlatego, że mogłem strzelić bramkę Ikerowi Casillasowi, a także dlatego, że przez kilka dni szlajałem się po Paryżu łażąc po wszystkich sklepach muzycznych. Hity Dużą rolę w redakcji odgrywała muzyka. Niekiedy w życiu przychodzi taka chwila, że trzeba coś wspólnie posłuchać i pośpiewać. Nieśmiertelne były dwa hity. W okolicach Świąt zawsze męczyliśmy Wham i "White Christmas", a po sezonie Sinatrę i "Strangers in the Night". Gem nawet wydrukował teksty do tych piosenek (słynne "dubi dubi du...") i powiesił na ścianie, abyśmy mogli razem radośnie wrzeszczeć. Poza klasykami słuchaliśmy też mniej znanych rzeczy, jak chociażby przeboje pewnego wrocławskiego zespołu pieśni i tańca, ale ponieważ teksty są wyjątkowo nieprzyzwoite, to nie będę zdradzał o kogo chodzi. Smuggler: Za to teraz w deadline słuchamy utworu zespołu 100 Tvarzy Grzybiarzy. Utwór nazywa się "Prze***bane" i koło północy refren piosenki brzmi nader złowrogo w redakcyjnym wykonaniu... Pracodawcy W ciągu dekady przeżyłem trzech różnych właścicieli. Z największą nostalgią wspominam Silversharka. Byliśmy wtedy małym, zgranym zespołem zdolnym do przenoszenia gór. Poza tym zawsze można było pójść do wodza (czyli Witka, czyli jednego z wydawców) i poprosić go o podwyżkę. Z tego co pamiętam, zawsze się zgadzał. Era Future Publishing trwała krótko. Anglicy kilka razy zjawili się we Wrocławiu, robili nawet całkiem sympatyczne wrażenie, ponoć mieliśmy jeździć nawet na staże do Anglii, ale zanim to nastąpiło, nadszedł kryzys w branży (krach tzw. "dot-comów"), FP wyprzedało praktycznie wszystkie zagraniczne filie w ramach cięcia kosztów... i przeszliśmy w kolejne ręce. W których jesteśmy do dziś. Rynek Obecna lokalizacja jest chyba wszystkim dobrze znana. Sam środek Wrocławia, idealne miejsce do wypadów po urzędach czy wyjścia na obiad. Niestety, Rynek ma też jeden feler, który praktycznie nie przytrafiał się na Tęczowej czy Biskupinie. Chodzi mi o pielgrzymki fanów. Nie zrozumcie mnie źle, są pewnie tacy, których po sercu mile łechtają te wycieczki, dawanie autografów czy zdjęcia z czytelnikami. Ale mnie to zawsze przeszkadzało. Smuggler: Choć Eld robił na widok wycieczkowiczów straszne "metalowe" miny, nigdy nie zabił nikogo, kto się nie wystraszył i jednak podszedł z prośbą o autograf. :) Zakończenie Wiele wspomnień z tamtych lat już wywietrzało, kolejne znikną w ciągu następnych. Ale jest z pewnością parę rzeczy, których nie zapomnę. Czasem było fajnie, czasem niezbyt, ale te dziesięć lat to było spełnienie marzeń dzieciaka. W końcu zarabiałem na życie grając i pisząc, a jako nastolatek to właśnie chciałem robić. Póki życie nie zweryfikuje priorytetów, nie dojdą inne obowiązki, to jest to fajna praca.
Wasze komentarze, opinie, uwagi
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy. Zaloguj się lub Załóż konto
środa, 18 lipca 2012, 13:31   Eternith

Ja też tutaj dzięki creepypastom...

wtorek, 1 listopada 2011, 17:42   lunatyx

@Pacuszek Ja też takie fajne rzeczy CD-A chce ukryć :D.

wtorek, 1 listopada 2011, 13:50   jacob93

Eld niezaprzeczalnie kojarzy mi się z tzw. "starym, dobrym CDA". To te zmiany w redakcji uświadamiają mi ciągłą ewolucję pisma.

poniedziałek, 31 października 2011, 22:53   Arische

Jak ja lubię takie teksty , momentalnie zmuszają człowieka do refleksji nad własnymi doświadczeniami.

poniedziałek, 31 października 2011, 19:44   DUSTDEVIL

Jak myślicie, czy Eld jeszcze kiedyś napisze coś do CDA ?

poniedziałek, 31 października 2011, 15:23   Pacuszek

Czy Wy również wpadliście na ten tekst dzięki newsowi o creepypasta? :P

Galerie zdjęć

Gry A-Z

Wyszukaj: Szukaj
0 - 9 A B C D E F G H I
J K L M N O P Q R S T
U V W X Y Z
« lipiec 2018
PWŚCPSN
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031